środa, 20 listopada 2013
piątek, 15 listopada 2013
Przedstawienie "Anna Karenina" w radomskim teatrze.
Miłość wymaga ofiary
o spektaklu "Anna Karenina" pisze Paulina A. Grubek z Dziennika Teatralnego
W miniony piątek na deskach Teatru Powszechnego w Radomiu odbyła się premiera najnowszego spektaklu rosyjskiego reżysera Girgorija Lifanova, „Anna Karenina", która zainaugurowała nowy sezon artystyczny. Czy z prawie tysiącstronicowej powieści Lwa Tołstoja udało się reżyserowi wybrać to, co najważniejsze i najlepsze dla przedstawienia tak, aby ukazać istotę miłosnego dramatu i jednocześnie nie zanudzić publiczności?
Historia stara jak świat. Ona - nieszczęśliwa i samotna w małżeństwie spotyka pewnego dnia mężczyznę, w którym się zakochuje. Namiętności, żądze i wreszcie wielka miłość a obok mąż, z którym coraz trudniej żyć, gdy kocha się innego człowieka. Lew Tołstoj przestawił tę historię w złożony i nie dający się łatwo ocenić sposób; naświetlił miłosny dramat ukazując go w rozmaitych perspektywach - od kwestii moralno-obyczajowych na społecznych kończąc. Stworzył arcydzieło literatury światowej, z którego Lifanov wyłuskał wszystko, co na teatralnej scenie najwierniej mogło oddać dramatyczną historię jednego z najgłośniejszych rosyjskich trójkątów miłosnych.
Na „Annę Kareninę" w ujęciu Lifanova składa się: interesująca gra aktorska, wspaniała scenografia, muzyka i rozwiązania sceniczne, które zaskoczą niejednego znawcę i miłośnika powieści Tołstoja. Katarzyna Dorosińska w roli tytułowej zagrała kobietę, na którą nagle spada wielkie uczucie, z którym nie potrafi sobie poradzić. Jej gra jest ekspresywna i wyrazista. Potrafi wzbudzać litość (scena rozstania z ukochanym synem), jak i zachwyt (taniec na balu stołecznej arystokracji w objęciach Wrońskiego). To ostatnie jest również zasługą wspaniałych sukien zaprojektowanych przez Zofię de Ines, od których nie sposób oderwać oczu. Filigranowa Dorosińska, aktorka o niezwykle subtelnej i delikatnej urodzie, udźwignęła ten ciężar, jakim było zagranie kobiety skomplikowanej, zdeterminowanej przez najsilniejsze uczucia. Najlepiej widać to w momencie, gdy Anna uświadamia sobie, że miłość do Wrońskiego, jest jedynym, co ją obchodzi. Zagrała kobietę, która porzuca męża i dziecko dla kochanka, zachowując przy tym współczucie, a nawet sympatię publiczności. Również jej sceniczni partnerzy stworzyli kreacje, które zasługują na uznanie. Marek Braun, jako szarmancki hrabia Aleksiej Wroński, na scenie zachowywał się jak reprezentant „pozłacanej młodzieży" - wykształcony, przystojny i dobrze wychowany. Reżyser skoncentrował się na ukazaniu postaci Wrońskiego jako człowieka namiętnego, szaleńczo zakochanego w Annie i niewiele zważającego na konsekwencje swego uczucia. Mam wrażenie, że zabrakło drugiej twarzy hrabiego, osoby również niezwykle dumnej, pysznej, wiecznego chłopca, który czerpie z życia jak najwięcej. Jednak nie portret psychologiczny Wrońskiego jest przedmiotem sztuki, tylko miłość, a tę Markowi Braunowi udało się zagrać przekonywująco, tak, jak pozorną obojętność i chłód Karenina - Jarosławowi Rabendzie. Rabenda zagrał pobożnego konserwatystę o silnym poczuciu moralności w taki sposób, w jaki Tołstoj opisał w swej powieści. Szczególnie od momentu, w którym jego postać uświadamia sobie, że przez nienawiść do żony zaczyna nienawidzić własnego syna. Stworzył portret zimnego i nieczułego męża, za którego fasadą płonęło niekłamane cierpienie zdradzanego małżonka.
W sztukach Gigorija Lifanova ważną rolę odgrywa scenografia. I tym razem stała się ona „aktorem", bez którego nie sposób zrozumieć przedstawienia. Gdy widzowie oglądają sceny na moskiewskim dworcu kolejowym w środku zimy, jest im zimno. Gdy stołeczna arystokracja bawi się na miejskiej ślizgawce, nikomu nie przeszkadza fakt, że zamiast łyżew jeździ na rolkach; - łatwo można sobie wyobrazić, że „naprawdę" znajdujemy się w Moskwie, a nie na sali teatralnej. Scenografia Wojciecha Stefaniaka jest bogata, wielopłaszczyznowa, precyzyjna, wpisana w kontekst ówczesnych czasów. Podobnie rzecz się ma w przypadku muzyki. Jest ona tak sugestywna, że jej intensywnością odmalować można cały świat carskiej socjety - od wspaniałych walców na balach po przejmujące momenty wielkich wyznań bohaterów. Należy jednak zwrócić uwagę na coś, co powoduje u widza pewien dyskomfort. W spektaklu znalazły się małe etiudy śpiewane przez aktorów. Światła wtedy nieco przygasają, muzyka brzmi nastrojowo, ale aktorzy śpiewają po rosyjsku. Właściwie nie byłoby w tym nic niedobrego, gdyby nie wrażenie, że owe piosenki stanowią istotny element fabuły i pojawiają się w bardzo ważnych momentach. Nie wszyscy znają język rosyjski na tyle, by ocenić jak wiele treści wnoszą. I właśnie to poczucie, że są istotne, a pozostają niezrozumiałe, powoduje niepotrzebny niepokój.
Perełkami okazały się zaskakujące, czasami występujące w filmie, zabiegi zastosowane przez reżysera. Jednym z nich jest scena w końcu pierwszego aktu, w której hrabia Wroński strzela do siebie. Najpierw długie budowanie napięcia - Anna w ciąży, ciężki poród, przejmujące i emocjonalne spotkanie męża i kochanka przy łóżku prawie umierającej kobiety. I nagle głośny strzał z rewolweru. Ciemność. Zwykle w trakcie przerwy widzowie rozmawiają o tym, jaka jest ogólna, wstępna ocena przedstawienia. Tym razem jedyne usilnie dręczące pytania to: czy Wroński naprawdę popełnił samobójstwo? Przecież w powieści, na tym etapie rozwoju akcji, odgrywa on bardzo ważną rolę, czy można się go pozbyć? Czy Anna umrze również? Dla Girogorija Lifanova bardzo ważne jest to, by widz podczas jego przestawień nie błądził myślami gdzie indziej, tylko pozostał skoncentrowany na fabule. W tym przypadku widz musiał wykazać się pełną koncentracją i skupieniem nie tylko podczas przedstawienia, ale i w jego przerwie. Ciekawe dlaczego reżyser zdecydował się na wprowadzenie do sztuki sceny nieudanej próby samobójczej Wrońskiego? Myślę, że zrobił to, by uświadomić nam, jak wielką miłością Wroński darzył Annę. Bo wyjazd nieszczęśnika na wojnę serbsko-turecką, gdzie czeka go niechybna śmierć, nie oddałoby precyzyjnie tego, co chciałby osiągnąć twórca.
Kolejnym ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzenie Dziada, który na początku sztuki wpada pod pociąg. Mimo swojej śmierci postać ta jest jednak obecna w całym przedstawieniu. Na scenę wchodzi dyskretnie i jest jakby pojawiającą się znikąd smugą cienia. Publiczność zauważa go tylko w pewnych momentach, gdy stoi on nieruchomo lub snuje się między dekoracjami. Chłód tej postaci kontrastuje z niepokojem, jaki wzbudza pojawiając się w dramatycznych i trudnych momentach. Reżyser podobną taktykę zastosował w odniesieniu do muzyki - za każdym razem, gdy zbliża się jakieś niebezpieczeństwo słychać odgłos przejeżdżającego pociągu - zwiastuna niechybnej śmierci. Rozwiązanie to pozwoliło Lifanovowi na zbudowanie dodatkowego napięcia i niepokoju.
Powieść Lwa Tołstoja jest klasyczną powieścią psychologiczną, której wielobarwność ukazuje skomplikowane związki międzyludzkie. Dzieło to niezwykle bogate i złożone, niewątpliwe trudno zaadaptować na potrzeby sztuki teatralnej. Grigorij Lifanov podjął się trudnego zadania wybrania tych elementów z powieści, które można w sposób inteligentny i piękny zarazem przedstawić na deskach teatru. Dodając do tego wspomniane zabiegi, które zastosował, nie pozostaje nic innego, jak tylko mieć nadzieję, że w polskich teatrach na dobre zagoszczą inscenizacje tej miary.
Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny
30 września 2013
wtorek, 12 listopada 2013
Radomska biblioteka cyfrowa.
Biblioteka Pedagogiczna zaprasza do przeglądania zdigitalizowanych
zbiorów dostępnych on-line w naszym katalogu oraz na stronach Radomskiej
Biblioteki Cyfrowej. Dzięki współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną
udało się zdigitalizować i zamieścić na serwerze już ponad 300 pozycji z
zasobów Biblioteki Pedagogicznej, głównie z dziedziny pedagogiki i
psychologii. Lista książek oraz więcej informacji na temat projektu:
http://bc.mbpradom.pl/dlibra/collectiondescription?dirids=85
http://bc.mbpradom.pl/dlibra/collectiondescription?dirids=85
poniedziałek, 4 listopada 2013
Statystyka czytelnictwa za październik 2013
Klasa 1 E1: 0!
Klasa 1 E2: 22
Klasa 1 H: 15
Klasa 1Lg: 0!
Klasa 1P/S:0!
Klasa 2 E1: 24
Klasa 2 E2: 8
Klasa 2 H: 8
Klasa 2 Lg: 3!
Klasa 3 E1: 22
Klasa 3 E2: 19
Klasa 3 H: 25
Klasa 3Lg: 4!
Klasa 3L: 20
Klasa 4E1:32
Klasa 4E2:27
Klasa 4E3:66
Razem w miesiącu październiku wypożyczyliście 298 książki. Nauczyciele zaś 35 książek.
Zachęcamy klasy do
poprawienia swoich wyników w czytelnictwie i nauczycieli także namawiamy do czytania.
Kilka ciekawostek o siostrach Brontë. - wywiad przeprowadzony w Radiu TOK FM.
- Życie Charlotte Brontë to niemal same
tajemnice. Ona naprawdę wzięła do grobu wszystko, co chciała. Nie
pozostawiła nam nic prócz domysłów. I wiedzy oficjalnej - mówi w
rozmowie z TOK FM Eryk Ostrowski, autor książki "Charlotte Brontë i jej
siostry śpiące". - Kto napisał "Wichrowe wzgórza"? To bardzo złożona
sprawa. Ale na pewno nie Emily, której przypisuje się autorstwo. Nie
mogła tego zrobić - przekonuje.
Książki sióstr Brontë (m.in. "Dziwne losy Jane
Eyre", "Lokatorka Wildfell Hall") uznawane są za dzieła wielkiej wagi
dla emancypacji kobiet. Powieści do dziś są podpisywane imionami trzech
sióstr. Najsłynniejsze, "Wichrowe Wzgórza", wydawane są jako dzieło
Emily. Rzecz w tym, że rękopisy powieści Emily i Anne Brontë nie
istnieją. Wydawca, który je widział, twierdził, że były napisane jedną
ręką... Czy to najstarsza, Charlotte, stworzyła legendę o trzech
genialnych siostrach? W Radiu TOK FM rozmawialiśmy z autorem książki
"Charlotte Brontë i jej siostry śpiące" Erykiem Ostrowskim.http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,14886057,Kto_napisal__Wichrowe_wzgorza____Och__to_bardzo_zlozona.html#Cuk
czwartek, 17 października 2013
Recenzja filmu "Wałęsa. Człowiek z nadziei"
"Wałęsa. Człowiek z nadziei" Andrzeja Wajdy: coś więcej niż laurka
Idąc na pokaz najnowszego dzieła Wajdy, obawiałem się, że zobaczę tylko sprawnie odmalowaną laurkę, będącą hołdem złożonym Wielkiemu Przywódcy “Solidarności” przez Wielkiego Reżysera. Na szczęście nie było tak źle. Film świetnie się ogląda, a Wajda nie ukrywa wcale niewygodnych faktów w biografii Wałęsy.Intuicja mówiła mi, że ze spotkania, nawet jeśli tylko filmowego, Wajdy i Wałęsy, czyli dwóch postaci namaszczonych na nasze narodowe ikony, nie wyjdzie nic dobrego. Bałem się, że gdy kustosz muzeum narodowej pamięci o Katyniu i Soplicowie do kolejnej ze swoich gablot zaprosi żywy pomnik “Solidarności”, nie będzie ratunku przed straszliwym upupieniem przez Historię, Bohaterstwo, Poświęcenie, Ojczyznę. Na szczęście udało się tego uniknąć.
Genialny Więckiewicz i klasyczna forma
Wałęsa pokazany w filmie Wajdy jest bardzo ludzki. Jego życie widzimy niejako od kuchni, i to dosłownie: to tam nieustannie krząta się jego żona Danuta, troszcząc się o szóstkę dzieci w czasie, gdy mąż siedzi w więzieniu lub strajkuje. Świetna w tej roli Agnieszka Grochowska musi się jednak pogodzić z tym, że palma pierwszeństwa przypada w filmie Wajdy Robertowi Więckiewiczowi.
Brawurowy styl, w jakim Więckiewicz imituje głos, sposób mówienia (“nie chcę, ale muszę”, “zawsze myślę, to co mówię” i wiele innych typowych dla Wałęsy bon-motów) a także gestykulację byłego prezydenta, jest tak przekonujący, że chwilami ociera się o niezamierzoną parodię. Pełen charyzmy, pewny siebie, nieco arogancki i bufonowaty robotnik, który rzuca wyzwanie władzy i strofuje światowej sławy dziennikarkę Orianę Fallaci, to naprawdę kapitalna rola.
Fot. Marcin Makowski
Inna sprawa, że duże pole do popisu daje Więckiewiczowi scenariusz Janusza Głowackiego, pełen mocnych dialogów i krwistych, życiowych sytuacji. Jego zaletą jest też humor, który równoważy patetyczną wymowę filmu, ale i pokazuje widzowi anegdotyczną warstwę rzeczywistości PRL, jak choćby w scenie, gdy sąsiedzi z całego piętra przybiegają do Wałęsów oglądać “Pogodę dla bogaczy”.
Momentami można mieć nawet wrażenie, że film aż za bardzo skręca w stronę “Misia”: postać klękającego podczas transmisji papieskiej mszy ubeka czy dobrodusznej milicjantki, która karmi piersią płaczące dziecko zatrzymanego Wałęsy, zdają się być humorystyczną próbą “ocieplania wizerunku” organów bezpieczeństwa PRL. Nie jestem pewien, czy próbą konieczną.
Tym, co podobało mi się w filmie Wajdy, jest fakt, że nestor polskiego kina nie stara się na siłę schlebiać gustom młodego widza i “uwspółcześniać” swojego dzieła. “Wałęsa. Człowiek z nadziei” jest klasyczny w formie (mieszanie ujęć dokumentalnych i scen fabularnych trudno uznać za awangardę filmowego rzemiosła) i ilustrowany muzyką rockowych zespołów z tamtych czasów (m.in. “Kocham Wolność” Chłopców z Placu Broni, będąca leitmotivem filmu).
Zogniskowana wokół wywiadu z Orianą Fallacci fabuła w całości rozgrywa się między rokiem 1970 a 1989, gdy zwycięski Wałęsa przemawia w Kongresie USA. – Zleciało to szybko. Nie nudziłem się – mówił mediom noblista po nieoficjalnym pokazie filmu o nim samym.
Fot. Marcin Makowski
I rzeczywiście, śledząc losy zwykłego robotnika stającego się liderem protestów, który później musi borykać się ze spoczywającą na jego barkach odpowiedzialnością, widz nie ma czasu, by się nudzić. Wielka w tym zasługa Więckiewicza, który przykuwa uwagę werwą, z jaką gra Lecha Wałęsę, dając co i raz prawdziwy popis swoich zdolności.
Pomnik, ale bez hagiografii
Na koniec sprawa najtrudniejsza, czyli polskie spory o Wałęsę. Film Wajdy, który od lat nie kryje przecież swojej sympatii dla lidera “Solidarności”, to oczywiście jeden z tych głosów, które gloryfikują mit byłego prezydenta. Jednocześnie jednak nie jest tak, że w “Człowieku z nadziei” epizod jego współpracy z SB zostaje przemilczany. Zatrzymanie Wałęsy w grudniu 1970 r. i moment, gdy podpisuje stosowny dokument, to jedna z pierwszych scen filmu.
Wstydliwy wątek wraca także później – gdy Wałęsa nie chce słuchać rozmowy młodych opozycjonistów o tym, że ślad po takim podpisie “pozostaje na zawsze”, a także, gdy podczas internowania w Arłamowie zostaje mu pokazany artykuł z podziemnej gazetki, w której opisuje się go jako agenta SB.
Oczywiście dzisiejsi krytycy Wałęsy nie będą usatysfakcjonowani takim, dość oględnym i zostawiającym miejsce na niedomówienia potraktowaniem wątku jego “agenturalnej przeszłości”. W ich opinii bowiem Wałęsa nie jest bowiem bohaterem, tylko zdrajcą, który na żaden film nie zasługuje. Osobiście nie zgadzając się z tak radykalną oceną tej postaci, cieszę się, że Wajda pomimo swojej sympatii dla lidera “Solidarności” uniknął nachalnego odplamiania jego biografii: starając się w miarę wiernie odtworzyć istotne fakty, ich ocenę pozostawił widzom.
Trzeba jeszcze dodać, że reżyser zadanie ułatwił sobie o tyle, że skupił się jedynie na “heroicznym” okresie życia Wałęsy, uciekając od opisywania jego losów po 1989 r., gdy legenda bohatera “Solidarności” stopniowo blakła wobec jego legalnej już, wzbudzającej wiele kontrowersji politycznej aktywności.
Fot. Marcin Makowski
Chyba tylko raz zdaje się Wajda robić, niezbyt zresztą smaczną, “wycieczkę” do przyszłości. Chodzi o scenę, w której wieziony do Arłamowa Wałęsa zostaje zwyzywany przez napotkanych brudnych, głupich, agresywnych chłopów. Wkładając w usta głównego bohatera słowa o tym, jak niewdzięczni są Polacy i jak trudno jest rządzić takim ciemnogrodem, reżyser ewidentnie nawiązuje do dzisiejszych realiów politycznych, z wyższością odcinając się “moherowemu ludowi”, który dziś także krytykuje Wałęsę.
Oczywiście kontrowersji w filmie znalazłoby się więcej: historyczni puryści czy uczestnicy sierpniowych strajków z pewnością spieraliby się z Wajdą o to, że w zbyt małym stopniu eksponuje postaci Henryki Krzywonos, Andrzeja Gwiazdy czy Anny Walentynowicz. Są to jednak spory, które wybuchły by w przypadku każdego innego filmu o “Solidarności”: zawsze ktoś broniłby “swojej prawdy”.
Generalnie jednak “Wałęsa. Człowiek z nadziei” pozytywnie mnie zaskoczył. Choć na pewno ociera się o historyczną czytankę (“szkoły pójdą”), a także jest pomnikiem wystawionym przez Wajdę Wałęsie, nie popada w hagiografię.
Z całą pewnością ożywia też w widzach dumę z tego, jak wspaniałą rzeczą była “Solidarność”, nawet, jeśli bardziej niż na panoramie tego ruchu, skupia się na osobie jego lidera. Dlatego mam nadzieję, że na film pójdą nie tylko szkoły.
http://natemat.pl/75183,walesa-czlowiek-z-nadziei-andrzeja-wajdy-cos-wiecej-niz-laurka
wtorek, 8 października 2013
Historia biblioteki Zespołu Szkół Ekonomicznych w Radomiu
Historia biblioteki ZSE w Radomiu jest oczywiście
nierozerwalnie związana z historią szkoły. A sama historia szkól handlowych i
ekonomicznych w Radomiu sięga początku minionego stulecia.
3 października 1901 r. powstaje Miejska Siedmioklasowa Szkoła Handlowa
, jej dyrektorem zostaje Rosjanin A. Aleksiejewicz. Po wybuchu rewolucji w 1905
r. – nauczyciele szkoły z Prosperem Jarzyną na czele, zaangażowali się w
działalność konspiracyjną, zmierzającą do odzyskania niepodległości. Bohaterem
szkoły i miasta Radomia stał się jej uczeń – Stanisław Werner – uczestnik zamachu na naczelnika carskiej
żandarmerii. 20 grudnia 1906 r., o świcie, na polanie lasu Kapturskiego, Werner został
rozstrzelany przez 30 Kozaków pułku mohylewskiego.W 1910 r. powstaje siedmioletnia Szkoła Handlowa Żeńska
z dyrektorem Stefanem Sołtykiem.W trakcie trwania I wojny światowej, w roku szkolnym 1916/1917 przekształcono Szkolę Handlową Miejską na gimnazjum
matematyczno – przyrodnicze Magistratu Miasta Radomia. W 1925 r. zostało ono
upaństwowione i otrzymało nazwę im. Dra T. Chałubińskiego. 4 stycznia 1918 reaktywowano Stowarzyszenie Kupców Polskich, które za jeden z głównych celów uważało reaktywację szkoły handlowej. W 1918 r. została
powołana Komisja Oświatowa Komitetu
Obywatelskiego Ziemi Radomskiej. W ramach komisji funkcjonował wydział szkół
zawodowych. Jednym z jego pracowników był Feliks Paschalski i to właśnie jemu
powierzono zadanie powołania Szkoły Handlowej. W wyniku stworzonego specjalnie
Komitetu Organizacyjnego, dnia 1 września 1918 r. w budynku Szkoły Realnej,
ruszyła nauka w Niższej Szkole Handlowej.
Jej kierownikiem został Feliks Paschalski. W 1923 r. za zezwoleniem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia
Publicznego opiekę nad Niższą Szkoła
Handlową przejęło Stowarzyszenie Kupców
Polskich w Radomiu, z prezesem Stanisławem
Wierzbickim. Szkoła od tego momentu przyjęła nazwę: Szkoły Handlowej Męskiej Stowarzyszenia Kupców Polskich. W roku
szkolnym 1930/31 powstała 4-letnia
Szkoła Handlowa Męska i Żeńska SKP. W 1939 uruchomiono jeszcze 2 –
letnie Liceum Handlowe. Szkoła w latach II wojny światowej pomimo wielu
przeciwności, prześladowań ze strony okupanta, trwa nadal. Już w lutym 1945 r. zostaje uruchomione prywatne 4-letnie gimnazjum i 2 – letnie Liceum Handlowe SKP pod
kierownictwem F. Paschalskiego, w budynku przy ulicy Traugutta 61 w Radomiu. W Polsce Ludowej często zmieniała się struktura i
nazwa szkoły. W 1949 r. szkołę upaństwowiono i nadano jej nazwę Państwowego Gimnazjum i Liceum Handlowego. W 1950 przemianowano na Państwowe Zakłady
Kształcenia Administracyjno –
Gospodarczego. W 1951 r. jest to już Technikum
Finansowe Ministerstwa Finansów. W 1957 r. Technikum Ekonomiczne. W
1967 r. w związku z reformą szkolnictwa szkoła przyjęła nazwę Liceum Ekonomicznego. Finalnie w 1977
r. utworzono Zespół Szkól Ekonomicznych,
w skład, którego weszły: Liceum Ekonomiczne, Liceum Ekonomiczne na podbudowie
2 klas liceum ogólnokształcącego, Liceum
Ekonomiczne na podbudowie 3 klas ZSZ, Liceum Zawodowe, Zasadnicza Szkoła
Zawodowa kształcąca sprzedawców, a od 1991 r. Liceum Handlowe. Od 1993 zaś
Technikum Łączności. Od 2002 r. w skład Zespołu
Szkół Ekonomicznych wchodzą: 3 –
letnie Liceum Profilowane, 4-letnie
Technikum oraz 2 – letnia Zasadnicza Szkoła Zawodowa kształcąca sprzedawców. W technikum
młodzież mogła uzyskać tytuł: technika
ekonomisty, handlowca, usług pocztowych i telekomunikacyjnych. We wrześniu 2008 r. uruchomiony został technik księgarstwa. W czerwcu 2011 r. odeszła ostatnia klasa technika
usług pocztowych i telekomunikacyjnych. Kolejne zmiany nastąpiły we wrześniu 2011 r., kiedy
to ruszył technik logistyk i w 2013
r. – technik spedytor i technik
eksploatacji portów i terminali.
Biblioteka
w szkole funkcjonuje od 1933 r. W roku tym, prezes Stowarzyszenia Kupców
Polskich – Stanisław Wierzbicki ufundował Szkole Handlowej pierwsze woluminy.
Ten dar stanowił początek dla biblioteki im. Małżonków Jadwigi i Stanisława
Wierzbickich. W roku szkolnym 1936/37 miała ona na stanie 500 woluminów dla
nauczycieli i 700 dla uczniów. Niedługo potem przyszła wojna, która uszczupliła
zasoby biblioteki. W roku szkolnym 1946/47 zbiory liczyły 279 tomów dla
nauczycieli, dla uczniów zaś 366. W lalach 1968-70 biblioteka
dysponowała już znacznie większym księgozbiorem: 14159. Głownie lektury,
beletrystyka i książki zawodowe. W latach tych w bibliotece organizowano
wystawy : „Dni leninowskie”, „Dni książki i prasy technicznej”, wystawa książki
radzieckiej. W roku szkolnym 1971-72 kierowniczką biblioteki szkolnej była pani Róża Chojnacka,
nauczycielka w-f, opiekunka Spółdzielni Uczniowskiej. We wrześniu 1972 roku przeprowadzono
inwentaryzację, w wyniku której spisano 3366 pozycji. Liczba woluminów na
koniec roku wyniosła 11493 woluminów. Przy bibliotece funkcjonowało wtedy koło
czytelnicze pod opieką pani M. Papis. Biblioteka z okazji 30 rocznicy powstania
PPR zorganizowała wystawę książek związanych z historią partii. W roku
szkolnym 1972 - 1973 kierowniczką
biblioteki została pani Anna Grodecka. W latach 70- tych systematycznie dokupowano
nowe pozycje książkowe i spisywano pozycje zniszczone. Ze względu na panujący
ustrój nie było pełnej dowolności w doborze tematyki książek. Dominowały
wystawki o charakterze propagandowym. Obowiązkowym punktem pracy biblioteki
była współorganizacja uroczystych obchodów „Dni Oświaty Książki i Prasy”. Prężnie
działał aktyw biblioteczny. W roku szkolnym 1981/82 inwentarz biblioteki
wynosił 10870 woluminów, a w 1985/86
11292 pozycje. Do pani Anny Grodeckiej dołączyła pani Danuta
Łojek ( Gwizd), a w 1990 jeszcze pani Kalina Makowiecka. Panie pracowały we
trzy do roku szkolnego 2003/2004. Ze względu na dużą ilość uczniów, biblioteka
tak jak cała szkoła pracowała na dwie zmiany. Swoją działalność kontynuował aktyw
biblioteczny. W roku szkolnym 1998/1999 księgozbiór biblioteki wynosił 13774.
Dużą popularnością cieszyła się czytelnia szkolna, na której stanie było 31
tytułów czasopism, w tym 13 zawodowych. W roku szkolnym 2006/2007 panie Anna
Grodecka i Danuta Gwizd odeszły na emeryturę. Na ich miejsce przyszły pani Karolina Patyk i pani Dorota
Niewiadomska. W tym samym roku szkolnym uruchomiono pracownię multimedialną dla
uczniów. Na początku mieli oni do dyspozycji 4 komputery, drukarkę i skaner. W
miarę możliwości do pracowni dokupowano sprzęt i na chwilę obecną (rok szkolny
2013/2014) znajduje się w niej 8 komputerów z dostępem do
Internetu, drukarka, dwa skanery, telewizor i odtwarzacz DVD. W czerwcu 2012
panie Patyk i Niewiadomska zakończyły wpisywanie zbiorów biblioteki do bazy
komputerowej MOLOPTIVUM. Przez kilka lat regularnie dokonywana była selekcja
zbiorów zniszczonych i zdezaktualizowanych. Na dzień 7 września 2013 r. biblioteka
posiada 14122 pozycje książkowe. Nasza biblioteka współpracuje z Biblioteką
Pedagogiczną w Radomiu, z księgarniami radomskimi. Dzięki staraniom pań Patyk i
Niewiadomskiej biblioteka została obdarowana nowymi książkami. Dary przekazały
wydawnictwa Rebis i Znak. Co roku dużą popularnością ciszy się kiermasz
podręczników, który po raz pierwszy ruszył we wrześniu 2011 roku. Od roku
szkolnego 2010/2011 uczniowie ZSE biorą udział w Regionalnym Konkursie
Czytelniczym organizowanym przez RODON. Uczestników konkursu przygotowują
nauczyciele bibliotekarze. W roku szkolnym 2011/2011 uczennica klasy 2e2
Ewelina Wrochna otrzymała w tym konkursie wyróżnienie. Od listopada 2011 roku
biblioteka prowadzi własnego bloga. Dzisiejsza biblioteka ZSE w Radomiu to nie
tylko cichy kącik dla miłośników książek, lecz też miejsce spotkań uczniów ,
nauczycieli i różnych kół zainteresowań.
Tu można posłuchać muzyki, obejrzeć np. mecz polskich siatkarzy czy przygotować
prezentację multimedialną. Biblioteka idzie z duchem czasu i zmienia się tak
jak rzeczywistość wokół nas.
Literatura:
Kielska E., Działalność Oświatowa
Stowarzyszenia Kupców Polskich w okresie międzywojennym [w:] „Kwartalnik
Historii Nauki i Techniki" 55/2 2010
Ćmiel D., Hamela T., Z dziejów radomskiej oświaty
[w:] „Wczoraj i dziś Radomia” nr 3(19)/2003, s. 28-35.
90 lat Szkół Handlowych i Ekonomicznych w Radomiu,
red. E. Kielska, B. Kozłowska, A. Własiuk, Radom 2008, s.15, 32-33, 42-43.
Kroniki szkolne
Subskrybuj:
Posty (Atom)